Logo TIMM MAGAZYN

Blog

Adam Bielecki – Rudawy to moje miejsce na Ziemi

Adam Bielecki wraz z Włochem Simonem Moro, Baskiem Alexem Txikonem oraz Denisem Urubko, który również był tegorocznym gościem w Karpaczu, należą do czołówki światowego himalaizmu. Bielecki w swojej ponad 20-letniej karierze uczestniczył w licznych wysokogórskich wyprawach – między innymi w Alpy, Karakorum, Himalaje, Andy, dokonał pierwszego zimowego wejścia na Gaszerbrum I i Broad Peak, zapisując się na stałe w historii zimowego himalaizmu. Oprócz tego zdobył takie ośmiotysięczniki jak Gaszerbrum II, K2 oraz Makalu. Już jako 17-letni chłopak zaszokował świat, zdobywając samodzielnie Chan Tengri (7010 m n.p.m.), za co otrzymał nominację do prestiżowej nagrody „Kolosa”. Mimo tych wszystkich niesamowitych osiągnięć dopiero w zeszłym roku stał się powszechnie rozpoznawalny – chyba nie ma teraz na świecie osoby, która nie wiedziałaby, kim jest Adam Bielecki. Wszystko dzięki narodowej wyprawie zimowej na K2, podczas której razem z Denisem Urubko uratował życie Elizabeth Revol. Cały świat wstrzymał wtedy oddech i z zapartym tchem śledził losy tej akcji.

Spotykamy się z Adamem w sobotni poranek w Hotelu Gołębiewski, a to wszystko przy okazji „Dni Lajtowych”, które odbywają się tutaj co roku. Jordan czeka z książką do podpisu w ręce i pytaniami na karteczce. Gdy nasz rozmówca podchodzi do nas z uśmiechem, przychodzi z nim jakby nieco inna aura. Coś jakby taki metafizyczny blask, wiesz o co mi chodzi? Oczywiście to może być tylko moje wrażenie, ale wiem, że po tym spotkaniu Jordan miał podobne odczucie. Uścisk dłoni, kilka serdeczności i przechodzimy do lawiny pytań, na które z ogromnym uśmiechem odpowiada nasz rozmówca.


Luis TIMM: Pierwsze pytanie nie mogło być inne, jesteśmy dzisiaj w sercu Karkonoszy, wiemy że bywasz w tym regionie i masz tutaj swoje ulubione miejsca?

Adam Bielecki: Bywam tutaj dosyć regularnie, bardzo lubię okolice Jeleniej Góry, Sokoliki czy Rudawy, to jest takie trochę moje miejsce na Ziemi. Pomimo tego, że uczyłem się wspinania w wapiennych skałkach Jury Krakowsko-Częstochowskiej, to właśnie te rejony granitowe są moimi ulubionymi, jeśli chodzi o wspinaczkę sportową w Polsce. Dzieje się tak chyba z kilku względów. Po pierwsze, w tej okolicy czuć w powietrzu jakąś tajemnicę, historię. W Rudawach piękna jest sama przyroda, a krajobraz malowniczy, ponadto regiony te są stosunkowo mało zamieszkane, a czas zdaje się płynąć tutaj wolniej. Te elementy sprawiają, że lubię tutaj wracać i dobrze się tutaj czuję.


L.T.: Wiem, że dzisiaj, przy wszystkich swoich licznych zobowiązaniach, jesteś bardzo zajętym człowiekiem… media, wywiady, sympozja, treningi, wyjazdy, wyrwać od Ciebie czasami 30 minut graniczy z cudem. Jak często udaje Ci się znaleźć chwilę dla siebie, na wyprawę w Rudawy?

A.B.: To zależy oczywiście od roku, ale myślę, że spokojnie kilka razy w roku tutaj jestem, na Śnieżce trenuję regularnie, wbiegam na nią od kilku do kilkunastu razy w roku, po tym wywiadzie też biegnę na szczyt.


Jordan Plis: W Twoim życiu ostatnio trochę się działo, niestety była też kontuzja stopy, pięty… jak to wygląda dzisiaj, jak zdrowie i jakie masz cele na najbliższy czas?

A.B.: Bieżącym celem jest powrót do pełni sprawności sprzed urazu, proces rehabilitacji trwa i postępuje zadziwiająco szybko. Niemniej jednak sądzę, że byłoby oznaką braku pokory budowanie dalekosiężnych planów, dopóki noga nie jest w pełni sprawna. Być może pojadę jeszcze tej zimy na wyprawę do Pakistanu, jednak oficjalnych szczegółów jeszcze nie ma, a ja też na tym etapie nie mogę podjąć decyzji, czy rzeczywiście wezmę w niej udział. Priorytetem na ten moment jest powrót do sprawności. Od kilku lat moim celem jest też poprowadzenie nowej drogi na ośmiotysięczniku w małym zespole w stylu alpejskim. Na liście celów jest też niewątpliwie wejście zimą na K2, jak też wspinanie techniczne w niższych górach.


J.P.: Annapurna też jest cały czas na liście?

A.B.: Tak, zdecydowanie jest to coś, co siedzi mi w głowie od dawna.


J.P.: Ostatnio dużo się mówiło o tym Nepalczyku Nirmal’u Purj’i, który zdobył w niecałe 200 dni wszystkie 14 ośmiotysięczników. On zrobił to z tlenem. Wiemy, że to nie do końca zgadza się z Twoim poglądem na wspinanie, powiedz proszę, co o tym sądzisz, jak podchodzisz do takiego komercyjnego wspinania… Czy to Twoim zdaniem nie odbiera romantyzmu górom?

A.B.: Romantyzmu w górach nie ma, póki nie wniesie go tam człowiek. Nie dla każdego himalaisty jest on w takim samym stopniu istotny. Szanuję ten wyczyn, jest to duże osiągnięcie, zarówno pod kątem logistycznym, jak i organizacyjnym, ale też takim przede wszystkim wytrzymałościowym. Aby osiągnąć cel, potrzebna była ogromna motywacja. Spędzenie kilku miesięcy w trudnych warunkach górskich, jeżdżenie z wyprawy na wyprawę było na pewno ogromnym wyzwaniem, to jest naprawdę coś. Jeśli chodzi natomiast o wymiar sportowy, czy też historyczny tego osiągnięcia, to chociaż wciąż jest on znaczący, to jednak obrazuje, do czego dzisiaj zostały sprowadzone niektóre ośmiotysięczniki… Jest to dobry dowód na to, że jeśli wpuścimy odpowiednio duży, dobrze wyposażony zespół na daną górę, to ten zespół jest w stanie zaporęczować, czyli wyposażyć w stałe liny całą tę górę no i ją w ten sposób poskromić, umożliwić jej zdobycie nawet osobom zdecydowanie mniej doświadczonym, jak to miewa miejsce w przypadku wypraw komercyjnych. Wejścia komercyjne, z dodatkowym tlenem, to zupełnie inna gra niż ta, w którą ja gram. Mnie interesuje robienie sportu wyczynowego, wejścia sportowe w Himalajach oznaczają rezygnację z użycia tlenu, który przez specjalistów jest uważany za formę dopingu. Interesuje mnie działanie w mniejszych zespołach, nutka eksploracji, robienie nowych dróg, robienie pierwszych wejść zimowych… Lubię dodawać sobie jakiś smaczek do mojego wspinania, a wejścia z tlenem, po poręczówkach, w dużym zespole, latem… normalnymi drogami, to nie jest mój świat. Trudno te światy porównywać - zwyczajnie wyczyn, o którym wspomniałeś, nie jest czymś, co byłoby obiektem moich aspiracji. Pamiętajmy jednak, że góry to przestrzeń wolności i każdy może w nich robić to, co i w jaki sposób mu się podoba, każdy się wspina tak jak lubi i nie mnie to oceniać.


L.T.: Nie jest to tajemnicą, że w swoim życiu zajmowałeś się też organizacją komercyjnych wyjść w góry, myślisz o tym, aby kiedyś wrócić z komercją w te góry wysokie?

A.B.: Nigdy nie chciałem prowadzić ludzi w góry najwyższe, bo po pierwsze prowadzenie ludzi na osiem tysięcy wymagałoby ode mnie używania tlenu, a ja z tego tlenu z założenia rezygnuję, po drugie uważam, że powyżej tych ośmiu tysięcy metrów ciężko jest komuś naprawdę pomóc, nie chciałbym dawać komuś złudnego poczucia bezpieczeństwa, a przecież w relacji klient-przewodnik, to, co ten klient chce kupić, to właśnie poczucie bezpieczeństwa, że „ten przewodnik się mną w razie czego zaopiekuje”, a prawda jest taka, że powyżej 7500 m nawet najlepszy przewodnik jest w stanie niewiele zrobić. Wystarczającym wyzwaniem jest w takich warunkach wzięcie odpowiedzialności za samego siebie, a co dopiero za osobę, którą się zaopiekujemy. Życie jednak bywa zmienne, więc nie wiem, co przyniosą kolejne lata, niczego nie wykluczam, więc nie chciałbym się też tutaj jakoś twardo deklarować, że definitywnie nigdy nie.


L.T.: Bo trzeba sobie zdawać z tego sprawę, że tam powyżej tych 7500 m walczymy o przetrwanie w pewnym sensie?

A.B.: O przetrwanie walczymy niemalże każdego dnia, tutaj w Karkonoszach, w Warszawie i wszędzie indziej na świecie, więc tam też tak, jasne… Trzeba jednak pamiętać o tym, że góry wysokie będą zawsze środowiskiem wysoce niebezpiecznym i bez względu na to, jak duży będzie zespół w tych górach, jak dużo będziemy mieli ze sobą sprzętu, ile butli z tlenem, to zawsze będzie to sport i środowisko wysoce niebezpieczne.


J.P.: Jak pewnie wiesz z naszego regionu pochodzi Rafał Fronia, ostatnio mieliśmy okazję brać udział w spotkaniu z nim. W trakcie opowieści wspominał między innymi o swoich talizmanach, które zawsze zabiera w góry, masz też coś takiego?

A.B.: Zupełnie nie jestem przesądny, nie mam i nie noszę takich rzeczy. Nie mam też zwyczaju, jak niektórzy wspinacze, zostawiania pamiątek zaśmiecających szczyty.


J.P.: A jak to jest z przyjaźniami w górach, spędzacie ze sobą wiele czasu, czasami nawet 2-4 miesiące. Na różnych wyjściach spędzacie nieraz po kilka dni ze sobą w namiocie… Czy jak wracacie, to utrzymujecie ze sobą kontakt, przyjaźnicie się, jeździcie razem na wakacje, czy są to raczej czysto zawodowe relacje?

A.B.: Zawsze mówię, że są ludzie, z którymi poszedłbym chętnie na piwo, ale nie poszedłbym się powspinać, ale są i tacy, z którymi poszedłbym się powspinać, ale wspólne piwo nie należy do preferowanych form rozrywki. Są i oczywiście tacy, z którymi nie zrobiłbym ani jednego, ani drugiego, ale zdarzają się i tacy, z którymi chodzę na piwo i chętnie pójdę zawsze w góry, nawet te wysokie. Oczywiście najfajniej jest jeździć na wyprawy z ludźmi, którzy są sympatyczni, prezentują odpowiedni poziom profesjonalizmu w górach, ale i odpowiadają mi charakterologicznie.


J.P.: Tak, jak chociażby Pan Jacek Czech i Pan Felix Berg…?

A.B.: Tak, jak na przykład Jacek, z którym na piwo nie pójdę, bo Jacek kompletnie nie pije alkoholu, ale gdyby pił, to na pewno byśmy poszli, czy tak jak właśnie Felix, z którym się bardzo lubimy, natomiast rzeczywiście jest coś takiego, że my często, jeśli chodzi o te wyprawy wysokogórskie, jesteśmy na nie zapraszani i nie będąc kierownikiem, nie mamy wpływu na to, kto jeszcze oprócz nas bierze w niej udział. Zawsze więc może pojawić się w takim zespole ktoś, kogo bardziej lub mniej lubimy. Możemy jednak podjąć decyzję, czy chcemy brać udział w danej wyprawie, czy też nie. Na tym poziomie, o jakim rozmawiamy, ważniejszy jednak wydaje się profesjonalizm, a nie sympatia. Tę należy schować do przysłowiowej kieszeni i skupić się raczej na jednoczącym nas celu. Ten cel, konkretna wspinaczka, potrafi zjednoczyć ze sobą ludzi, którzy niekoniecznie mają ochotę spotykać się po powrocie z gór… Jednak, gdy kolejny raz dostaną zaproszenie do udziału we wspólnej wyprawie, to wciąż mogą zareagować entuzjastycznie, pomimo że relacji na co dzień nie utrzymują.


L.T.: Czyli rozumiem, że „nie musimy za sobą przepadać, ale zaufać sobie możemy”?

A.B.: Tak jak mówiłem, kryterium absolutnie koniecznym, abym się z kimś związał liną, jest to, że ta osoba musi być profesjonalna w tym, co robi. Profesjonalizm w tym momencie jest też dla mnie synonimem słowa bezpieczny, dający szansę na sukces, oznacza działanie pewne, skuteczne, efektywne… To jest dla mnie niezbędne. Jest też natomiast pełna pula bonusów, bo jeśli się okazuje, że ta osoba jest przesympatyczna, albo rewelacyjnie gotuje, albo ma różne inne dodatkowe zalety, to zawsze bardzo cieszy. Nie są to jednak rzeczy niezbędne do tego, aby się ze sobą wspólnie wspinać na szczyt.


L.T.: Mówi się o tym, że aby zostać w danej dziedzinie profesjonalistą, czy też móc siebie nazwać zawodowcem, trzeba przepracować co najmniej 10 000 godzin. Tyle godzin masz już dawno za sobą, jestem jednak ciekaw, jak to wygląda u Ciebie dzisiaj, na co dzień, jak dużo trenujesz? Ludzie widzą, że chodzisz w góry, jednak może nie do końca zdają sobie sprawę z tego, że to jest bardzo wymagające, wymaga masy treningu i wyrzeczeń…

A.B.: Jestem zawodowym sportowcem i moją codzienną pracą jest trening. Oprócz tego, że mam swoje zobowiązania wobec sponsorów, prowadzę prelekcje, odwiedzam festiwale górskie itp., codziennie rano, gdy nie chce mi się wyjść na trening, a często mi się nie chce, ludzka rzecz, to tak sobie właśnie to tłumaczę… inni wychodzą do pracy, a ja muszę iść na trening. Trenuję 5 dni w tygodniu, 3 razy średnio jestem na ściance, 3 razy średnio korzystam z bieżni w formie schodów, gdzie robię z plecakiem 8-15 kg treningi, odpowiadające długiemu wybieganiu, czyli pomiędzy 80-120 minut na schodach w tempie tlenowym lub interwały – wszystko oczywiście zależy od fazy okresu przygotowawczego. Oprócz tego, co najmniej raz w tygodniu jestem na siłowni, gdzie wykonuję szereg ćwiczeń skupiających się na wzmocnieniu mięśni rdzenia i poprawie stabilizacji ciała.


L.T.: A masz czas jeszcze na jakieś swoje pasje, może inne sporty, które zawsze sprawiały Ci radość?

A.B.: Skaczę ze spadochronem, latam na paralotni, jeżdżę na desce, nurkuję z butlą, próbowałem trochę surfingu, ostatnio kajakarstwa górskiego, więc tak – mam czas, aby pobawić się też w innych dyscyplinach.


J.P.: A powiedz, co z Zimową Wyprawą Narodową na K2, o ile się odbędzie w nowym roku, to czy widzisz siebie w zespole i kogo widzisz w miejsce Pana Wielickiego, który prawdopodobnie kierownikiem wyprawy już nie będzie?

A.B.: Chciałbym wrócić na K2, o ile wyprawa będzie miała odpowiednie zaplecze finansowe, dobry plan taktyczny, mocnego kierownika i mocny skład, wtedy chętnie wezmę w niej udział. Jeśli jednak te czynniki nie zostaną spełnione, to będzie to dla mnie trudna decyzja. Po śmierci Artura Hajzera, kandydata na dobrego kierownika brakuje. Rozmowy na ten temat trwają, zobaczymy, co z tego wyjdzie.


J.P.: Bo rozumiem, że jak zdobywać szczyty, to też z Denisem, który jest też tutaj obecny na festiwalu, a wczoraj nawet umilał wszystkim czas, grając na gitarze?

A.B.: Denis jest bardzo mocny i wszyscy sobie zdajemy sprawę, że Denis i ja tworzymy bardzo mocny zespół i aktualnie trudno jest mi wyobrazić sobie innego partnera do ataku szczytowego na K2, ale wiadomo też, że Denis ma dosyć trudny charakter i z nim nigdy nic nie wiadomo, więc trudno mi powiedzieć, czy wziąłby udział w ewentualnej polskiej wyprawie.


L.T.: Jadąc na spotkanie z Tobą, rozmawialiśmy z Jordanem na temat tego, jak to jest, że przy siedmiu miliardach ludzi na świecie, to właśnie Polacy są wciąż tak mocni, jeśli chodzi o wyprawy na najwyższe szczyty świata?

A.B.: To nie jest tak, że inne nacje nie mają mocnych wspinaczy, ale rzeczywiście tą polską specjalnością jest wspinanie zimowe i można śmiało powiedzieć, że to Polacy byli jego prekursorami w górach najwyższych zimą. Ważna w tym kontekście jest postać Andrzeja Zawady, który jako pierwszy przekroczył zimą barierę siedmiu a później ośmiu tysięcy metrów. W końcu został kierownikiem wyprawy, która zdobyła Everest zimą. Mam takie przypuszczenie, że może wynikać to po części z charakterystyki naszych własnych gór najwyższych, czyli Tatr, będących latem raczej rejonem skałkowym niż wysokogórskim, co całkowicie zmienia się zimą, kiedy to Tatry nabierają charakteru alpejskiego, brakuje tylko lodowców, ale poza tym mamy wszystkie inne atrakcje, czyli lawiny, długie podejścia, strome i wysokie ściany, gwałtownie zmieniającą się pogodę, lód, śnieg… W Polsce przejście zimowe zawsze było cenione bardziej niż letnie. Być może geniusz Andrzeja Zawady polegał na tym, aby tę kategorię wejść zimowych przenieść na góry najwyższe. Rzeczywiście to się stało i dzisiaj już przestała to być tylko polska rzecz. Mamy konkurentów zza zagranicy, którzy też chcą i skutecznie zapisują się na kartach historii, zostają pierwszymi zimowymi zdobywcami, co i nas motywuje do działania i zdobycia ostatniego niezdobytego zimą ośmiotysięcznika, jakim jest K2.


J.P.: Moglibyśmy tak pewnie rozmawiać godzinami… Czy jest coś, czego chciałbyś życzyć naszym czytelnikom w nowym roku?

A.B.: Najważniejsze jest zdrowie, bo o całą resztę możemy zadbać sami. Niech ten rok będzie radosnym czasem.

Rozmawiał Jordan Plis i Luis TIMM

16 kwietnia 2020 | Jordan Plis i Luis TIMM | Powrót do spisu wiadomości